Waszym piórem

A POTEM......
     Strach, ciemność, krzyk. Rozpacz, żal, smutek. Było ciemno. Biegłem. Drzewa mijały mnie w zawrotnym tempie. Światło latarki migotało. Ledwie widziałem następne przeszkody. Ryk jakiegoś dzikiego zwierza. Coraz bliżej za moimi plecami. Nagle przestałem cokolwiek słyszeć za sobą. Przystanąłem na chwilę i odwróciłem się. Nie widziałem nic za sobą w tym świetle. Poświeciłem latarką i ujrzałem małego, pięcioletniego chłopca stojącego przede mną. Był cały umorusany ziemią. Jedynie jego oczy błyszczały.
- Akio? - Zapytał... i rzucił się na mnie.
Obudziłem się.
- Akio? - Zapytał Koichi. - Wstawaj. Już po ósmej! Mieliśmy się dziś pobawić nad rzeką! - Krzyczał siedząc na moim brzuchu.
- Koichi. Zejdź ze mnie. - Powiedziałem do mojego brata zdejmując go z siebie.
Wstałem, spojrzałem na zegarek. Siedem po ósmej. Przetarłem oczy.
- Koichi? Co ze śniadaniem?
- Mama pozwoliła nam wziąć je ze sobą.
Uśmiechnąłem się do niego.
- Łódki gotowe?
- Tak! - wykrzyknął z radością.
   Zeszliśmy na dół. Mama coś robiła w kuchni. Uśmiechnęła się do nas. Pokłoniłem się jej lekko i wzięliśmy pakunki ze stołu. Wybiegłem na ulice. Rozejrzałem się po budynkach. Mijali nas starsi ludzie. Dwie panie niosące wspólnie kosz owoców. Mleczarz pchający wózek z świeżą dostawą mleka do szpitala. Samochód medyczny jadący prawdopodobnie w tym samym kierunku. Odsunąłem się by nie zostać ochlapany przez rozbryzgiwaną wodę, która wystrzeliła w powietrze, gdy wjechał w kałużę pozostałą po wczorajszym, wieczornym deszczu. W tym samym momencie wpadłem na Koichiego i oberwałem zimną wodą. Przebiegły obok nas jeszcze dzieci bawiące się w berka. Spojrzałem się na młodszego brata, który trzymał dwie, trzydziestocentymetrowe, zielone łódki. Uśmiechnął się ukazując brak jednej jedynki, gdyż wczoraj mu wypadła.
- Gotowy? - Zapytałem
- Tak, braciszku.
Ruszyliśmy więc za mleczarzem. Ażeby dojść do mostu, trzeba było minąć szpital. To kilka minut drogi. Dogoniliśmy go nim dotarł do celu.
- Dzień dobry, Nagisa-san
- Witajcie chłopcy.
- Dostalibyśmy trochę mleka?
- To dla pacjentów - odparła pani Sugase, pielęgniarka tegoż szpitala, jednocześnie machając na nas ścierką, byśmy się odsunęli.
- Trudno - odparłem i pociągnąłem brata w stronę mostu.
Minęliśmy jeszcze jeden zakręt i naszym oczom ukazał się ogromny most Aioi. Pomimo, że cała konstrukcja została zbudowana jako łącznik dwóch nabrzeży dla samochodów, dziś była prawie pusta. Weszliśmy na niego, przeszliśmy z bratem jeszcze z dwadzieścia metrów i stanęliśmy twarzą do barierki. Staliśmy na ogromnym betonowym klocku z asfaltową drogą dwupasmową. Opierałem się o kamienną, rzeźbioną barierkę. Koichi wychylił się troszkę za mocno, przez co musiałem go złapać, by nie wpadł do wody.
        ◦ Dziękuję, Bracie - powiedział patrząc na mnie z uśmiechem.
Na tym samym moście stało jeszcze kilkoro dzieci, także z łódkami. Przeszła obok nas grupka żołnierzy, którzy dostąpili zaszczytu błogosławionego miana Kamikaze - czyli Boski Wiatr. Ludzie odnosili się do nich z szacunkiem. Jestem dumny mogąc być synem jednego z nich. Zrzuciliśmy łódki na wodę. Kilka sekund minęło, nim jej dosięgnęły. Młodszy przyglądał się która z nich pierwsza dopłynie do boi, przy której zazwyczaj zaczynamy biec w stronę morza, aby je zgarnąć. Rozejrzałem się po okolicy.
Dzieci bawiły się i śmiały. Minęła nas pierwsza grupka biegnąca ku ujściu. Samotne chmury co jakiś czas przesłaniały fragment słońca. Żołnierze, którzy jeszcze nie zdążyli nawet dojść do szpitala. Budynki, które pokazywała nam nasza Sensei, byśmy poznali troszkę kultury i tradycji naszego kraju. W oddali od strony rzeki widać było starą Szowinistyczną świątynię. Wróble latały przy drzewach nie daleko niej. Jej czerwony dach połyskiwał w jasnym słońcu. Mleczarz minął nas znowu. Przywitał się z dwiema kobietami idącymi z naprzeciwka. Spojrzałem jeszcze raz na chmury. Usłyszałem cichy warkot. To był samolot. Nagle z jego środka coś wypadło. Spadało wprost na nas dopóki nie otworzył spadochronu. Wiatr zaczął znosić to coś wprost na szpital. Koichi i reszta niczego nie widzieli. Nagle, gdy samolot już się oddalał, jedna z kobiet krzyknęła:
- Patrzcie, spadochron!
Przez chwilę jeszcze niewinnie spadał sobie, aż w pewnej odległości od ziemi rozbłysł jasnym światłem. Najpierw widziałem jak padają ludzie uciekający na most, potem nie widziałem już nic. Stałem na moście, czując niezwykłe ciepło. Narastające, bezboleśnie palące.  A potem...
Google+FacebookTwitterYoutube
Copyright © Bursa Szkół Artystycznych w Lublinie 2018.
Projekt i wykonanie - Freeline
Ta strona korzysta z plików cookie. Używając tej strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami Twojej przeglądarki. Możesz dowiedzieć się więcej w jakim celu są używane oraz o zmianie ustawień przeglądarki. Kliknij tutaj »
zamknij