home
Zielona Mrówa
Zielona Mrówa
Mrówy

 
 
 
 
O Zielonej Mrówie

  
  

Teatr Satyry "Zielona Mrówa" powstał w październiku 2008 roku. Teatr Satyry - niektórzy wolą nazwę Kabaret Literacki - tworzą wychowankowie Bursy Szkół Artystycznych w Lublinie, zebrani w jeden zespół, przez osobnika znanego w pewnych kręgach jako Zielona Kaczka.

   "Miłość, przyjaźń, szczęście, piorun i te no... no... no... i przedmioty codziennego użytku czyli same dobre wiadomości to nasz pierwszy program, który oparty jest - lub może w pewnych okolicznościach lepiej powiedzieć inspirowany - na motywach "Teatrzyku Zielona Gęś" K.I.Gałczyńskiego. Od niego też wywodzi się nazwa teatru. Dlaczego "Zielona Mrówa ? ... bo Zielona Mrówa jest tak samo irracjonalna jak "Zielona Kaczka", a poza tym jest to wielka, ogromna, gigantyczna, a nawet hipergigantyczna Zielona Mrówa obżarta, nonsensem, pure nonsensem, absurdem przyprawionymi groteską i nieco dziwnym żartem bo właśnie to Zielone Mrówy lubią najbardziej ... aaaaaaaa...  A!A! potrafi dotkliwie uszczypnąć, przykąsnąć, a nawet dziabnąć, co przy takim składzie strukturalnym jadu, wydaje się, że chili - to ciastko z kremem.

Mimo, że premiera programu odbyła się w marcu 2009 roku, ciągle nie możemy zakończyć pracy nad tym scenariuszem.

 

 Opiekunowie : Katarzyna Andruszczyszyn i Robert Kaczorowski

 

Ten zoologiczno - drzewno - rodzinny zespół Teatru Satyry "Zielona Mrówa" w roku szkolnym 2011 /2012 tworzą :

 

- Aneta "Judyta" Chmielewska

- Dorota "Sosna" Sosnówka

- Marlena Hermenegilda "Kimono" Moradewicz

- Łukasz "Trolejbus zwany pożądaniem" Osiecki

- Michał "Wajszczyk" Waszczyk         

- Grzegorz "Bez" Głos

- Magda Bojar

- Sebastian „Kazach” Nowakowski

 

oraz elitarna grupa emeryto - absolwento - gotowościowo - gwiazdorska :

- Paweł "Br" Zuń - Michał "Br" Zuń - Andrzej "Marcel" "Konio" Kończyk

- Kamil "Pogrzeb" Lis - Krzysiu "Sid" Ligaj - Zosia "Kicinsky" Kicińska

- Łukasz "Pusiek Młodszy" Pusiewicz - Mateusz "Młodszy" Pusiewicz - Eliza "Orzech" Wacławik

- Gocha "Struś" Struszewska - Andrzej "Topola" Topolewski - Partyk "Patryś Porfirion" Szajda

 

 Z teatrem współpracują :

- Ola Banasiewicz

- Kamil "Pogrzeb" Lis

współpracowali :

- Magda "Taneczna" Pogoda - Kamil "Węgorek" Węgorek  - Łukasz "Konio I Starszy" Kończyk - Paweł "Pogoda" Rotmański 

 

 

 
Osiągnięcia Teatru

 

Spektakl "Miłość, przyjaźń, szczęście, piorun i te no... no ... no... i przedmioty codziennego użytku czyli same dobre wiadomości" oparty na motywach "Teatrzyku Zielona Gęś" K.I.Gałczyńskiego został nagrodzony : 

XXXII Wojewódzkie Prezentacje Teatrów Młodzieżowych pod patronatem Lubelskiego Kuratora Oświaty `2009 :

- NAGRODA za udaną próbę wprowadzenia na scenę szkolną formy kabaretu literackiego w spektaklu "Miłość, przyjaźń, szczęście, piorun i te no ... " w reżyserii Roberta Kaczorowskiego

- NAGRODA AKTORSKA Dyrektora Teatru im. H.Ch.Andersena dla Marleny Moradewicz za rolę Hermenegildy Kociubińskiej

 

XXXI edycja przeglądu Scena Młodych - Przegląd Teatrów Młodzieżowych i Kabaretów MŁODY TEATR - SCENA MŁODYCH 2009 :

- NAGRODA za teatralizację formy kabaretowej w programie "Przyjaźń, miłość, szczęście, piorun i te no..." w reżyserii Roberta Kaczorowskiego

 

XVII Przegląd Amatorskich Zespołów Artystycznych SEZON 2008/2009 :

- NAGRODA GŁÓWNA PREZYDENTA MIASTA LUBLIN 

 

Zwierciadła 2009 Wyróżnienie i II Nagroda Publiczności

 

XXXI Biesiada Teatralna w Horyńcu Zdroju 2010 - Wyróżnienie

 

Maska XIV Ogólnopolski Festiwal Teatrów Szkolnych - Brązowa Maska za zajęcie III miejsca w kategorii mała forma teatralna – za spektakl  „Słońce, kwarc, pauza i kurtyna czyli antologia świata z tektury”

 

XXXII edycja przeglądu Scena Młodych - Przegląd Teatrów Młodzieżowych i Kabaretów MŁODY TEATR:

-Nagroda za „kreację zespołową”  w spektaklu „Słońce, kwarc, pauza i kurtyna czyli antologia świata z tektury” w reżyserii Roberta Kaczorowskiego

 

XVI Ogólnopolski Festiwal Teatrów Szkolnych Maska 2012 -  Srebrna Maska za zajęcie II miejsca w kategorii mała forma teatralna 

 

XXXV WOJEWÓDZKIE PREZENTACJE  TEATRÓW  MŁODZIEŻOWYCH pod patronatem Lubelskiego Kuratora Oświaty:  Pierwsza Nagroda  - Puchar   

Teatr Satyry „Zielona Mrówa” Bursy Szkół Artystycznych w Lublinie za umiejętne czerpanie z najlepszych tradycji polskiego kabaretu literackiego, przemyślaną, spójną formę kabaretową i znakomite efekty pracy z młodymi aktorami w spektaklu „Przekleństwo inteligencji, czyli można i tak, a czasami też trochę inaczej” scenariusz i reżyseria Robert Kaczorowski i Katarzyna Andruszczyszyn, opracowanie muzyczne Łukasz Osiecki.

 

 

Ponadto Teatr występował m.in.

- dla młodzieży niepełnosprawnej w Internacie Zespołu Szkół nr 3 w Lublinie przy ul. Wyścigowej 31

- uczestniczył w Święcie Teatru Młodzieżowego "Witryna Teatralna" zorganizowanym przez Powiatowy Młodzieżowy Dom Kultury w Lubartowie, na którym obchodzony był Jubileusz 15 - lecia Teatru "Trupa" 

- w Nocy Kultury 2009,

- i wielu wielu innych miejscach. 

 

 

 
XXXV WOJEWÓDZKIE PREZENTACJE TEATRÓW MŁODZIEŻOWYCH

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
DARCIE KOTÓW, SZKŁO I SZALONA AUDIENCJA, CZYLI CHEŁM 2012

Wszystko to, co nastąpiło zanim w końcu pojechaliśmy na XVI Ogólnopolski Festiwal Teatrów Szkolnych „Maska”, niechaj krąży wśród ludzi w formie anegdot, bez wyrażenia w piśmie. Ot, dla dobra ogółu, jak to mówią. Dość powiedzieć, że gdyby nie osoba Katarzyny Andruszczyszyn [dla podkreślenia powagi i skomplikowania opisywanej sytuacji, imię i nazwisko Sorki w pełnej krasie – przyp. aut.], nikogo z nas nie byłoby w tym roku w Chełmie. Za anielską cierpliwość – do Reżysera przede wszystkim! – i setek rozmów telefonicznych w ciągu bodaj jednego wieczoru, w imieniu całej naszej załogi składam raz jeszcze gorące podziękowania.

 

Warsztaty prowadził w tym roku Mikołaj Grabowski – szczęśliwcem, który w nich uczestniczył, został Grzesiek – wszyscy natomiast mieli przyjemność niedługo po gali rozdania nagród zobaczyć „Audiencję II” – monodram w reżyserii Bogusława Schaeffera, w którym Grabowski zaprezentował się w pełnej krasie. Publiczność wzięła udział w audiencji dotyczącej problematyki muzyki współczesnej i istoty procesu twórczego kompozytora. Brzmi niewinnie, wręcz nużąco (zważywszy zwłaszcza na młody wiek widzów), tymczasem wykładowi od początku towarzyszyła niecodzienna oprawa pozwalająca charyzmatycznemu aktorowi trzymać widzów mocno za pysk. I tak oto – w trakcie ważnych rozważań – Grabowski jeździł brzuchem po klapie fortepianu, ze swadą grał na instrumencie za pomocą rąk (gorzej) i pupy (lepiej), omawiał istotne zagadnienia z bułką, Colą i zapalonym papierosem w ustach oraz kremem do golenia na całej twarzy, tratował publiczność, włączał ją w cały cykl dziwacznych zachowań, święcił audytorium Coca-Colą… słowem – wodził za nos formą i bawił uczonymi (uczył zabawnymi?!) treściami, niełatwą i krnąbrną dość publiczność otumaniając od początku do końca, czego dowodem były zresztą owacje na stojąco. Swoją drogą ciekawe, ile z tej lekcji pozostanie w głowach chełmskich widzów.


Jak się okazało, nieraz warto inwestować w nas swoje pieniądze, nerwy i czas, bo do Lublina wróciliśmy szczęśliwi ze srebrem. To znaczy szkłem, bowiem hojność chełmskiej huty szkła przerosła w tym roku nasze najśmielsze oczekiwania. Wspomnieć też należy, że w finale gali festiwalu rozbrzmiało „Przekleństwo inteligencji”, po pohoryńcowych próbach wzbogacone o klawy rekwizyt, tj. pomalowaną na biało, drewnianą ramę. Prawdopodobnie nawet naszej blondynce z poczty – która to szczęśliwie lub nie wycofana już z obiegu – zabrakłoby na to wszystko słów.


Mam nadzieję, że złapiemy teraz wiatr w żagle i z uformowanym programem ruszymy z powodzeniem ku innym konkursom. I niech święty Julian prowadzi!...

Bez Sensu.

 

 

  

 

 

 


 

 
„MOŻNA I TAK, A CZASAMI TEŻ TROCHĘ INACZEJ”, CZYLI JAKEŚMY ZNOWU W HORYŃCU BIESIADOWALI
 
 
 
 

Po drugim naszym wyjeździe do Horyńca Zdroju w pełni udało mi się zrozumieć specyfikę tamtejszej Biesiady Teatralnej. Teraz tym bardziej chcę tam wrócić.
 
 
   
  Program, z jakim pojechaliśmy w tym roku i obecny skład naszego zespołu (dzięki Sosna, że nie zostawiłaś nas w potrzebie i jesteś znowu z nami), miały tyle wspólnego z naszym pierwszym występem w Horyńcu, co – nie przymierzając – Gałczyński z Tuwimem. Słowem: niewiele. Mieliśmy jednak tę świadomość jeszcze zanim pierwszego dnia lutego opuściliśmy Lublin – by przyszłość mogła zagrać, przeszłość należało za sobą (z uśmiechem, acz konsekwentnie) zostawić. Pytanie, czy z tej przygody wyszliśmy obronną ręką, pozostawiam publiczności, najbardziej obiektywnemu odbiorcy, z którym, rzecz jasna, bynajmniej się nie rozstajemy. Ze swojej strony przyznać muszę, że było – ba, że jest! – nad czym rozmyślać. Głębokie złoża samokrytycyzmu i nie mniej (!) głęboka wiara w to, co robimy razem, po tym wyjeździe jeszcze mocniej nakłaniają do zabawy z teatrem.
W ten sposób pokochałam Horyniec. Za to, że zaprasza do siebie nieraz treść nieprzystającą do formy, formę nieprzystającą do treści, a wśród tego, a jakże, wspaniale przystające do siebie elementy; że amatorom każe oglądać profesjonalistów, a profesjonalistom – amatorów, za to, że w sobotni wieczór wszyscy ci ludzie spotykają się na parkiecie dansingu. Nagle pojęłam wyjątkowość tego wydarzenia i dotarło do mnie jak nigdy wcześniej, że przyjeżdża się tu po to, by patrzeć, słuchać i rozwijać się – czerpać to, co najlepsze, choćby (a może przede wszystkim?) bez nagród, wyróżnień i jednogłośnego zachwytu. Poczułam przyjemną sytość, która z żołądkiem nie miała nic wspólnego (kiełbasy z cebulą wszakże nie tknęłam). Kolejne trzy dni po przyjeździe do domu spędziłam na czytaniu zaległości, potem zaczęłam wracać do rzeczywistości nie mającej wiele wspólnego z tym, czym żyłam do tej pory. Licho jednak nie śpi i Zielonomrówczanie kombinują już cichutko, jak by tu ugryźć teksty innych literatów. I to tak, żeby wszystko było na szoner.
    Na koniec szczególne i całkowicie już poważne podziękowania dla p. Dyrektor Barbary Bartoś i p. księgowej, Marzeny Dylik – Mołdy, dzięki którym finansowo byliśmy w stanie pojechać drugi raz na Biesiadę. Obyśmy w przyszłości nie tylko potrzebowali znów tej pomocy, ale i ją znaleźli!
    Czego i ja Wam życzę!...
 
Bez Sensu.
 
 
 
 
 
 
PS: Gdyby przyznawano nagrody specjalne, z pewnością nagrodzono by nas za obecność na wszystkich wydarzeniach Biesiady pomimo zakwaterowania półtora kilometra od centrum miasteczka. Przy 30-stopniowym mrozie uśmiercającym bażanty każde wyjście z domu zakrawało na heroizm! B.S.
 
 
 
 
MOŻNA I TAK, CZYLI O TYM, CO ZIELONOMRÓWCZANIE ROBILI W KAZIMIERZU DOLNYM

 

Na początek Autorka pragnie nadmienić, że nie jest jej łatwo i że w razie, gdyby Czytelnik miał podobne odczucia, to Autorka najmocniej przeprasza, ale pisanie o pełni lipca – kiedy za oknem grudniowa plucha – zakrawa o jakiś meteorologiczny masochizm.
Jeszcze przed wakacjami Zielona Mrówa postanowiła pojechać na parę dni do Kazimierza Dolnego. I pojechała – a jakże! – z całkiem ambitnym, jak na wakacje, planem stworzenia nowego programu w duchu zupełnie innym niż dotychczas. Żegnając się rzewnie z K.I. Gałczyńskim, niezidentyfikowany osobnik znany w pewnych kręgach jako Zielona Kaczka postanowił przedstawić nam J. Tuwima. Słowem – z grubej rury. W komitywę z poetą nie jest łatwo wejść, a co dopiero, gdy … ale …. To wówczas człowiek uzbrojony po zęby w ostry dowcip i wyjątkowo ciętą ripostę, które mierzą celnie w zjawiska i opisują je (niejednokrotnie bardzo boleśnie, o ile zjawisko w ogóle tę zniewagę dostrzeże). Tyle tylko, że u nas nie ma rzeczy niemożliwych. Motyki poszły w ruch i tak oto zaczęliśmy przekopywać Słońce, przy trzeciej grządce – czyli mniej więcej w listopadzie – orientując się nagle, z kim mamy do czynienia. Przerażeni, z wrażenia przekopaliśmy kolejne kilka grządek, po czym wróciliśmy na Ziemię – poturbowani, lecz szczęśliwi, bo z nagraniem wideo naszego nowego programu. Ale o samym nagraniu i dzielnym porywaniu się z motykami na Słońce wspomnę przy innej okazji, ponieważ dziś rozgrzebuję wspomnienia związane z Kazimierzem.

Mieszkaliśmy w sąsiedztwie Kolegium Sztuk Pięknych i Wystawy Narzędzi Tortur, przy czym ani do jednego, ani do drugiego nie wybraliśmy się ni razu. Nie było czasu – nigdy go nie mamy. Mieliśmy dosyć własnych rozrywek – od heroicznego wgryzania się w szmoncesy w jednej z chłodnych sal kazimierskiej plebanii (tutaj ukłony dla Grześka i jego rodziny), przez niepewne przyglądanie się zamawianej trzeci dzień z rzędu zupie pomidorowej, temu płynnemu ucieleśnieniu stoicyzmu, które wciąż wygląda tak samo, aż po feralny rejs po Wiśle, podczas którego drzewa mdlały z wrażenia, a my mężnie podjęliśmy walkę z żywiołem melinując się w barku (jak co roku nawałnica zaskoczyła załogę statku). Szczerze powiedziawszy, im mocniej powracam myślami do tego wyjazdu, tym bardziej dziwię się, że wyszliśmy z niego cało. Oberwało się jedynie programowi, nad którym mieliśmy tak tęgo pracować, ale przecież nikt nie ukrywał, że prócz aktywności artystycznej („Wajszczyk, zmień w końcu tę tonację!”) w naszej piramidzie potrzeb widniała również integracja zespołu (którego skład od czasu ostatniego naszego romansu z Gałczyńskim znacznie uszczuplał i wyraźnie się zmienił) oraz, bądź co bądź, odpoczynek (kiedy burza zabiera nagle całemu miasteczku prąd, stanie w kolejce po suchary, wodę i świeczki ma w sobie coś przyjemnego).

 



Teraz, kiedy już wszystkie zarobione wspólnie pieniądze dawno wydaliśmy, a od czasu Kazimierza Dolnego minie zaraz pół roku, Zielona Mrówa mobilizuje się i rozgląda – w poszukiwaniu właściwego czasu i miejsca na pokazanie publiczności tego, co urodziło się z niełatwej, ale intensywnej znajomości z Tuwimem. Z nutką refleksyjności (i trochę też zapobiegliwie) odwiedziłam naszych poetów na Powązkach: białym goździkiem podziękowałam za przeszłość i zapaliłam znicz za przyszłość. Wierzę, że będzie zrobiona na szoner! Tako rzecze niżej podpisana –
                                    Bez Sensu.

 

 

 
Trawniki 2010

 

 
"God damn it!" i "Pika-pika!", czyli Wyścigowej część druga nieostatnia

 

Nigdzie nie mamy widowni takiej, jak tu. To tutaj się na nas czeka, tu się nas pamięta i tylko tu publiczność

nie podnosi się z krzeseł po niespiesznej wymianie podziękowań i przebrzmiałym bisie.

 

 Na domiar dobrego, przyjęto nas iście po królewsku. Zachowanie jako takiej powściągliwości w jedzeniu graniczyło z cudem - zwłaszcza, że jest nam o nią niełatwo bez względu na warunki, w jakich przychodzi nam się posilać. Ciasta, ciasteczka, winogrona, rogaliki... Ale o czym to ja...

Poprzednia nasza wizyta na Wyścigowej należała do osobliwych; wówczas to okazało się między innymi, że parówki potrafią latać.

Tym razem przerośliśmy samych siebie, a może raczej przerósł nas nasz niepozorny kolega od akordeonu marki Kujawiak, Karol (pseud. Pumba), wespół z Andrzejem Marcelem, demonicznym operatorem nie mniej demonicznego lancecika.

Ciągle zadaję sobie pytanie, ile z tych potknięć - pełnych przecież niekłamanego wdzięku - zdołała wyczuć publiczność. Pewna jestem tylko tego, że drugiej takiej atmosfery i tak wspaniałego przyjęcia nie mieliśmy jak dotąd nigdzie, za co wielki pokłon w stronę pani Kierownik Internatu Zespołu Szkół nr 3 w Lublinie, Pani Danusi (!) oraz tamtejszej, jedynej w swoim rodzaju widowni. Tako rzecze niżej podpisana,

 

Aneta "Bez sensu!" Chmielewska

 

PS:

Tatuńcio (ryczy): Ja się pytam po raz ostatna! Która moja pantofla połoszyła na gorące ciepło rodzinne, skutkiem czego wyżej wymenona zupełnie się spieprzepaczyła!...

Ciotunia (w przypływie nieuzasadnionego poczucia winy): God damn it!...

 

 

 
ŚWIAT Z TEKTURY W BEŁŻYCACH


 

O tym, że wystąpimy na Spotkaniach Teatralnych w Bełżycach, dowiedzieliśmy się świeżo po występie na tegorocznej Scenie Młodych. My sami wówczas, ledwie zszedłszy ze sceny, byliśmy dalecy od świeżości, lecz mimo to na tle innych kabaretów wyraźnie wpadliśmy jury w oko i ucho. Józef Kasprzak, Komisarz Sceny Dramatycznej w Bełżycach, był wtedy jednym z jurorów. Powiedział, że chce nas na Spotkaniach Teatralnych. Nam nie pozostało nic innego, jak podziękować, ukradkiem wytrzeć pot z czoła i ofertę z promiennym uśmiechem na ustach przyjąć. I niech święty Ildefons prowadzi!

Tyle tylko, że był to koniec kwietnia, a Spotkania zaplanowano na koniec września. To nie w naszym stylu, by występ poszedł jak po maśle. Kłopoty pojawiły się, jak zwykle, tuż przed wyjazdem. Masowe zachorowania, permanentne utraty głosu, nieprzerwanie pozatykane, niedrożne nosy i, co gorsza, to wszystko bez choćby krztyny symulanctwa. Sytuacja była zbyt poważna.

Jakby tego było mało, w dzień występu zdezerterował nam po angielsku jeden nasz komediant - aktorzyna, przez co co najmniej jeden ze skeczy posypał albo nadkruszył się był. Zdarza się.

Przyznam, że nie do końca pamiętam, jak to się stało, że wreszcie wystąpiliśmy, dość, że dobrnęliśmy do końca i publiczność bawiła się przednio. Skąd wiem? Tako donieśli zgodnie nasi klakierzy, w strategicznych miejscach usadowieni tego wieczoru na widowni, a których w tym miejscu pragnę gorąco pozdrowić. Ja, pamiętam, niewiele z tej przedniej zabawy słyszałam ze sceny. Zrugano mnie za tę uwagę potem. Obwiniam odsłuch sceniczny i trąbkę Eustachiusza. Również pozdrawiam!

Żałuję chyba najbardziej tego, że nie udało nam się zaznajomić z innymi teatrami lub obejrzeć przynajmniej część spektakli, zwłaszcza, że towarzystwo na Spotkaniach było nieprzypadkowe (by nie powiedzieć: elitarne). Wokół Miejskiego Domu Kultury krążył jedynie prawdziwie krakowski automobil – taksówka…

W imieniu całej naszej trupy przesyłam tkliwie pozdrowienia dla Teatru „Nasz”, jak i całych Bełżyc! Do zobaczenia w innym miejscu, na innej scenie, a i kto wie, czy nie w zupełnie innej odsłonie!

 

Aneta „Bez sensu!” Chmielewska

 

 

 
SCENA MŁODYCH 2010

 

 

 
<< Początek < Poprzednia 1 2 Następna > Ostatnie >>

Strona 1 z 2
Home Zielona Mrówa
template:joohopia.com